ODPOZNANIE, CZYLI O ŚLĄSKU W LITERATURZE (GUSTAW MORCINEK I HORST ECKERT – JANOSCH)

język polski, kultura
Przypomnij sobie

1. Jakie znasz teksty o Śląsku: piosenki, legendy, bajki?

2. Jaki obraz Śląska prezentują znane ci filmy?

3. Jaki obraz Śląska widoczny jest w dziełach śląskich malarzy?

1. Pisarze o Śląsku

Śląsk przez swoją skomplikowaną historię długo był nieobecny w świadomości literackiej Polaków. Mimo że już na przełomie XVII wieku Walenty Roździeński napisał dzieło Officina ferraria abo huta i warstat z kuźniami szlachetnego dzieła żelaznego, w którym zawarł informacje o hutnictwie i hutnikach w różnych krajach (ze szczególnym uwzględnieniem kuźni śląskich) oraz zwyczaje, legendy i wierzenia górnicze, region ten przez wiele stuleci nie istniał w przekazie literackim.

Dopiero w połowie XIX i na początku XX wieku działacze i publicyści, tacy jak m.in.:

  • Józef Lompa,
  • Juliusz Ligoń,
  • a potem jego wnuk Stanisław Ligoń,
  • czy Wilhelm Szewczyk,

wprowadzili Śląsk do literackiego obiegu. Znani jednak byli głównie w regionalnym odbiorze. W powszechnej świadomości pejzaż Śląska, jego lud i kultura, zaistniały w XX wieku dopiero przede wszystkim dzięki dwóm pisarzom stąd się wywodzącym:

  • Gustawowi Morcinkowi,
  • Horstowi Eckertowi (Janoschowi).

Obaj pochodzili z biednych śląskich rodzin robotniczych i taki świat przedstawiali w swoich utworach.

Stanisław Ligoń – działacz społeczny i kulturalny, twórca radiowy, dziennikarz, artysta malarz, polityk i aktor. Razem z Janem Brzozą wydawał  „Kocyndra” – górnośląskie czasopismo satyryczne, do którego tworzył ilustracje pod pseudonimem „Karlik”. W radiu Katowice prowadził gwarą audycję „Bery i bojki śląskie” oraz „Przy żeleźnioku”, a po II wojnie światowej: „Radiowa Czelodka”. oraz programy „Przy sobocie po robocie” i „U Karlika gro muzyka”.

Zbiory prywatne H. Grzonka

Wilhel Szewczyk – prozaik, publicysta, krytyk literacki, poeta, tłumacz z języka niemieckiego, literaturoznawca w zakresie literatury niemieckiej i serbołużyckiej, redaktor naczelny czasopism „Odra”, „Przemiany” i „Poglądy”. Po wojnie pracował m.in. w katowickiej rozgłośni Polskiego Radia, Studiu Dramatycznym przy Teatrze Śląskim, Państwowym Teatrze Satyry. Napisał i wydał ponad 60 książek za najważniejsze uznawane są te związane z regionem: poemat „Hanys”, powieści „Kleszcze”, „Czarne słońce”, „Pogodne niebo”, „Od wiosny do jesieni”, „Ptaki ptakom”, „Gadzi raj”, „Moja tratwa najsilniejsza”, określana mianem reportażu historycznego książka „Skarb Donnersmarcków”; zbiory esejów, m.in. „Śląski trud literacki. Pisarze śląscy XIX i XX w.”, „Trzynaście portretów śląskich”, „Z wami, przyjaciele”, „O Śląsku i Ślązakach. Szkice publicystyczne” (wspólnie z Włodzimierzem Janiurkiem) i „Syndrom śląski”

Wikimedia Commons, na licencji CC0

2. Gustaw Morcinek

Gustaw Morcinek (naprawdę miał na imię Augustyn), żyjący w latach 1891-1963, jest pisarzem związanym z Górnym Śląskiem zarówno miejscem urodzenia (Karwina na Śląsku Cieszyńskim), jak i sercem – temu regionowi poświęcił całą swoją pisarską i publicystyczną działalność.

W wieku 16 lat zaczął pracować w kopalni. Dzięki zbiórce pieniędzy zorganizowanej przez kolegów górników skończył Polskie Seminarium Nauczycielskie w Bielsku-Białej. Debiutował w 1918 roku na łamach „Dziennika Cieszyńskiego” artykułem Wspomnienia z przewrotu w listopadzie 1918 roku. Swoje najważniejsze utwory Morcinek pisał w latach 20. i 30. XX wieku, stając się jednym z najbardziej znanych prozaików lat międzywojennych, mimo że zajmował się głównie tematyką górniczą (Serce za tamą, Wyrąbany chodnik, Łysek z pokładu Idy). Słynna pisarka Zofia Kossak-Szczucka nazywała go „następcą Orkana” (Władysław Orkan to pisarz z okresu Młodej Polski), on ją zaś swą „literacką matką chrzestną”. To ona namówiła go do publikacji tomu opowiadań Serce za tamą (1929), do którego napisała wstęp. Morcinek jest także autorem opowieści o na pół legendarnym zbójniku pt. Ondraszek oraz powieści dla młodzieży Czarna Julka, a także wielu innych nowel, wspomnień i baśni.

Gustaw Morcinek

Biblioteka Cyfrowa Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Lublinie, domena publiczna

„Wyrąbany chodnik”

Wydawnictwo "Śląsk"

Lata II wojny światowej spędził w niemieckich obozach koncentracyjnych, ponieważ Niemcy zarzucili mu działalność antyniemiecką przed 1939 rokiem. Sam mówił później, że do obozów trafił za… psa, ponieważ pies bohatera powieści Wyrąbany chodnik nazywał się Bismarck.

Nigdy nie wrócił też do zawodu nauczyciela. Gestapowiec, który go aresztował, był jego dawnym uczniem. Morcinek uznał wtedy, że jako pedagog poniósł klęskę. Kilka razy proponowano mu podpisanie volkslisty, ale za każdym razem odmawiał.

Gustaw Morcinek w latach Polski Ludowej zaangażował się w działalność polityczną. Został posłem do Sejmu. Jemu przypisuje się (nie do końca słusznie) pomysł zmiany nazwy Katowice na Stalinogród, czego mieszkańcy długo nie mogli mu zapomnieć, zwłaszcza słów: „lud śląski – serce przemysłu Polski – pragnie, by w nazwie miasta uwiecznić imię Ojca Narodów”.

Dzisiaj Morcinek znany jest przede wszystkim jako autor wspomnianych już przedwojennych utworów – Łysek z pokłady Idy (1933) i Wyrąbany chodnik (1931–1932), a także jako autor licznych listów do przyjaciół i znajomych (podobno wysyłał po 20 listów dziennie!). Bez wątpienia to właśnie Morcinek wprowadził Śląsk, jego historię, legendy i codzienność do literatury. O roli swojej twórczości sam mówił w jednym z wywiadów: „Chciałem pisać dla całej Polski o Śląsku. Chodziło mi o to, by Śląsk przybliżyć do Polski, a Polskę do Śląska”. W latach 80. XX wieku górnośląski reżyser Antoni Halor nakręcił o pisarzu fabularyzowany film dokumentalny pod tytułem Siedem zegarków Gustawa albo Eremita Skoczowski Morcinek.

Tekst źródłowy

Gustaw Morcinek Bieda-szyby (fragmenty)

            Od wczesnego ranka padał deszcz. Zacinał z boku, zimny i gryzący, zaciekał za kołnierze marynarek i za czarne koszule górników, chlupotał w czarnych kałużach i mlaskał pod dziurawymi butami.

            Pod niskim niebem wlokły się spęczniałe chmurzyska, szare i zimne, strzępiły się na szczytach wież szybowych i kominach, pod chmurami zaś roznosiły się niebieskawe dymy i krztusiły płuca. Koło ognisk przy bieda-szybach grzali się ludzie i suszyli przemoknięte koszule, spodnie i marynarki. Stawali jak najbliżej ognia, wyciągali dłonie i zapatrzeni w żar, żuli tytoń, spluwali gęsto i czekali, aż przez dymiące parą ubrania czy koszule wyczują ciepło. Potem wracali do pracy.

            Hanys Molenda od rana włóczył się na terenie bieda-szybów, grzał się przy ogniskach, słuchał rozmów ludzi i wraz z nimi patrzał zasępiony w płomienie, spluwał i zżymał się na swą ciężką dolę.

            Kilkakrotnie dopraszał się, by górnicy wzięli go do siebie, by pozwolili mu z sobą pracować i zarobkiem się podzielić.

            – Nic z tego! – mawiali twardo – momy dość swoich ludzi.

            Patrzał więc z niechęcią na nich i na ich pracę. Był głodny. Jeżeli któryś z górników uchylał się za ścianę, zbudowaną ze starego worka lub z kilku desek, siadał na kamieniu przy ognisku, wyciągał blaszankę z kawą i chleb, i zaczął jeść, wtedy hanys zagryzał usta, zaciskał pięści i myślał, że powinien skoczyć do tamtego jedzącego człowieka, wyrwać mu z dłoni chleb, wytrącić blaszankę z kawą i uciekać. A potem wleźć gdzieś do wądolca do betonowej rury, ukryć się przed całym światem i sycić swój parszywy głód.

            -Cóż się tak patrzysz? – posłyszał twardy głos górnika, który usiadł za rozciągniętym workiem i miesił chleb w ustach.

            Hanys odwrócił się od niego.

            – Jeśli jesteś głodny, to tu mosz kąsek. Pojedz se!

            Patrzy się Hanys na jego wyciągniętą do niego dłoń. Dłoń jest czarna od węgla, a na dłoni bieli się chleb. Wziąć czy nie wziąć?

            – No, bierz, pieronie, kiej co dowom!…Bo dować, a prosić, żebyś wziął, to już jest za dużo! Hanys wziął chleb. Wyczuł jego miękki, rozgrzany z lekka kształt, uderzył go zapach najpiękniejszy ze wszystkich zapachów. Przełknął ślinę, a wtedy uległ złudzeniu, że na języku czuje jego smak. Taki słodki, sycący smak. Ugryzł spory kęs, a wtedy wszystką wolą stłamsił w sobie pragnienie, by go nie połknąć od razu. Żuł powoli, drobił zębami, na papkę śliną rozrabiał, a językiem wyczuwał ów przedziwny smak, na który nie ma nazwy. Obecność chleba na języku przywiodła mu obraz matki, kiedy go głaskała po głowie. […]

            – Na, cóż tak tymi oczami przewracosz? – posłyszał głos tamtego górnika. – Czy tak ci bardzo smakuje? Albo ci też może nie podjeżdża? Jeśli tak, to oto tu mosz!… – i nie czekając odpowiedzi, podał mu blaszankę z ciepłą kawą.

            – No, napij się a przegryź chlebem!… – zachęca go górnik. – Tylko mi, pieronie, nie wytrąb wszystkiej kawy!… Zostaw trochę, boby mój kamrat, co siedzi w szybie, nic nie mioł!

            Kawa była gorzka, ciemna i na cykorii ugotowana. Ale ciepła i dobra. Bulgotała w blaszance, przelewała się w gardło, spływała za chlebem w żołądek i również grzała i syciła.

            – No, dość mosz! Dość, dość! – zawołał górnik i wyciągnął dłoń po blaszankę. – Bo jeszczebyś wszystko wychlastoł!

            Hanys podziękował i poszedł.

            Widział znów, jak górnicy kręcili z wysiłkiem kołowrotkami, a na kołowroty nawijały się liny z kubłami. W kubłach dymiły się węgle lekką parą. Kiedy się wynurzały ze studni, ujmowały je łapczywie dłonie, przenosiły kilka kroków i wywracały. Z kubłów sypał się dzwoniący węgiel. Potem próżne zlatywały z powrotem do studni. […]

            Obok bieda-szybów pracowały kobiety. Były to żony i matki górników. Utytłane błotem, zamorusane, brzydkie, o mętnych, znużonych oczach, przemoknięte do ostatka, uwijały się koło usypanych kup węgla. Odrzucały kęsy na bok, pokruszone zaś kawałki, pomieszane z miałem, osiewały na sitach. Praca ich naśladowała nieudolnie pracę mechanicznej sortowni w kopalni. […]

– Hanys pokazał Ostuszce język. Włócząc się między bieda-szybami patrzał na tablice umieszczone nad otworem, czytał ich napisy i uśmiechał się. Bawił go humor górników, którzy starali się swój szyb nazwać jak najbardziej wyszukanie. […]

            Były potem szyby o takich nazwach, jak „Kakadu”, „Mądera”, „Honolulu”, następnie „Bezrobotny”, „Milioner”, „Zdechły szczur”, i „Kryzys”, były takie cudaczne nazwy, jak „Hihi”, „Blankpomada” i „Rokefeld”, a dużo z nich było znaczonych imionami, jak szyb „Zofii”, „Gustlika”, „Hanysa”, „Świętej Barborki”, „Kalasantego” i wiele innych. Nad każdą zaś tablicą sterczały dwa młotki złożone na krzyż.

            Doszedł w końcu do szybu z tablicą, na której zielenił się pięknie wydrukowany napis „Krysia”.

            „Krysia”? – zdziwił się, albowiem przypomniał sobie Krysię, której już tak dawno nie widział. – Czy też jeszcze żyje? Co się z nią dzieje?…[…]

            Wynurzył się z niej w końcu Kożusznik. Czarny, spocony, w rozchełstanej koszuli, przesiąknięty odorem zgniłego powietrza z kopalni i swędem karbidu. Stanął na ziemi, przeciągnął się szeroko, odetchnął głęboko. Mrugał śmiesznie powiekami i przymykał je bezradnie.

            – Kości bolą! Mruknął do siebie. – A deszcz wciąż siąpi!… No, witej Hanysie! Co tu robisz? Co powiesz?

            Usiedli wszyscy trzej w skleconej budce, chroniącej ich przed deszczem, grzali się przy ognisku kopcącym w podziurawionej konwi blaszanej, podjadali chleb, zapijali go kawą i opowiadali. Ofiok od czasu do czasu wtrącał swoje uwagi, poza tym słuchał i dziwił się Hanysowi. Hanys zaś rozwodził się szeroko o swoich przeżyciach, rad niezmiernie, że obydwaj przytakują głowami i patrzą nań przychylnie.

            Potem Kożusznik opowiadał o Krysi, o bezrobociu, o bieda-szybach. […]

            – A co ty teraz?… Z czego żyjesz? Co twoja siostra i bracia? – zapytał w końcu.

            Hanys zasępił się, nic nie odpowiedział.

            Kożusznik spojrzał na Ofioka, Ofiok pociągnął nosem i spojrzał na Kożusznika. Zrozumieli obaj swoje myśli…

            – No, bo jeślibyś chciał, to możesz w naszym bieda-szybie robić!… – E, idź, idź! Nie dziękuj! – żachnął się, bo Hanys ujął go za dłonie.

            – Toć niech robi! – przyświadczył Ofiok. – Trzeba wentylatorem kręcić, a w trójkę więcej nakopiemy i więcej może zarobimy.

            – Tóż od jutra! – rzekł teraz Kożusznik, podał dłoń Hanysowi i przybił ją mocno swoją dłonią. To samo uczynił Ofiok.

            Wstali wszyscy i wyszli z budy. Deszcz jeszcze mżył, ciemne chmury wlokły się nad ziemią, lecz na zachodzie czyniły się już w ich sklepieniu szerokie szpary, a przez szpary wynurzało się słońce.

Gustaw Morcinek, Gwiazdy w studni, Katowice 1956, s. 94-101.

Pytania:

1. Akcja książki Gustawa Morcinka dzieje się w latach 30. XX wieku, w czasach wielkiego kryzysu gospodarczego. Kopalnie zostały zamknięte, a rodziny górnicze bez środków do życia. Jak radzą sobie bezrobotni? Opisz własnymi słowami, na czym polegała praca w bieda-szybach. Wyjaśnij to pojęcie.

2. Analizując powyższy fragment opowiedz, jak wyglądało życie górników. Zwróć uwagę na to, jak pracowali, co jedli, jak byli ubrani, czym zajmowały się kobiety.

3. W podanym fragmencie autor dużo miejsca poświęcił opisowi pogody. Dlaczego? Jaką pełnią funkcje te opisy?

4. Jak sytuacja górników wpływa na ich zachowanie. Zwróć uwagę na ich stosunek do Hanysa Molendy, m.in. na sposób mówienia. O czym to świadczy?

5. Przyjrzyj się postaci Molendy, opisz jego uczucia. Dlaczego narrator nazywa głód „parszywym”? O czym myśli bohater?

6. Zanalizuj nazwy szybów. Co mówią one o górnikach?

7. Wypisz elementy gwarowe, które wprowadził Morcinek do swojej powieści. Zwróć uwagę na często pojawiające się „pieronie”. Jaką pełnią funkcję?

8. Jaki nastrój oddaje podany fragment?

9. Gustaw Morcinek chciał „Śląsk przybliżyć do Polski”. Jaki obraz Śląska i Ślązaków maluje?

Biedaszyby na Śląsku przed II wojną światową, robotnicy przy pracy w Wełnowcu.

Trudno ustalić, kto pierwszy i w jakim miejscu rozpoczął dzikie fedrowanie, ale nielegalne wydobycie w czasie kryzysu gospodarczego w latach 1929-1933 objęło cały polski Górny Śląsk. Wśród kopiących było sporo kobiet, szczególnie wdów, których mężowie zginęli podczas I wojny światowej. Kilkuosobowe grupy ruszały wczesnym wieczorem do lasu. Kopano otwory 2x2m następnie nad taką „duklą” ustawiano kołowrót z wiadrem lub drewnianą skrzynią i dwóch „gwarków” kruszyło pokład, a trzeci wyciągał węgiel

Wikimedia Commons, domena publiczna

3. Janosch (Horst Eckert)

Wyjątkowe miejsce w plejadzie twórców piszących o Śląsku zajmuje Janosch. Jego wyjątkowa i niesamowita biografia wprawia w zdumienie, a sam pisarz to człowiek oryginalny i nietuzinkowy.

Urodzony w Zabrzu w 1931 roku w biednej rodzinie robotniczej Horst Eckert do szkoły chodził krótko. W wieku 13 lat porzucił ją, by podjąć pracę w kuźni i uczyć się zawodu ślusarza. Chorowity chłopak leczony z żółtaczki przez ojca i dziadka bimbrem, przez część dorosłego życia zmagał się z problemem alkoholowym, a po jego pokonaniu z licznymi chorobami, ale także traumą trudnego dzieciństwa.

W 1945 roku z całą rodziną wyjechał do Niemiec, gdzie najpierw pracował w przędzalni, próbował studiować na monachijskiej Akademii Sztuk Pięknych (tylko dwa semestry), wiódł też cygańskie życie wśród muzyków jazzowych Paryża i Monachium. Przypadkowo spotkany wydawca książek dla dzieci, po wysłuchaniu opowieści Eckerta o jego życiu, namówił go do napisania książeczki, „która wkurzy wszystkie stare ciotki zasiadające w radach pedagogicznych”. Tak powstała opowieść o furmanie i pracującym w kopalni koniu Wałku, wtedy też (1960 r.) narodził się Janosch – pseudonim pisarza.

Janosch (Horst Eckert) dziś mieszka na Teneryfie i jak mówi do życia potrzebuje „jedzenia i wolności. Polka i krakowiak byłyby też w porządku”

Archiwum "Dziennika Zachodniego" (fot. Władysław Morawski)

W latach 60. Janosch zyskał ogromny rozgłos jako twórca książeczek dla dzieci, własnoręcznie ilustrowanych, które stały się podstawą, późniejszej, całej machiny produkcyjnej. Bohaterów Janoscha – Tygryska i Misia – spotkać można na koszulkach, kalendarzach, kubkach i pocztówkach, a ich przygody znalazły się w serii animowanych „dobranocek” pod tytułem Godzina snów Janoscha, zakupionych przez Disney Channel. Sam pisarz wspomina, że pisanie dla dzieci jest antidotum na własne niełatwe dzieciństwo, szukał tego, czego brakowało w jego rodzinie. Wyjątkowość bestselleru Ach, jak cudowna jest Panama oraz całej serii książeczek, zasadza się na ich oryginalności: od wyrazistego, rozpoznawalnego stylu rysunków po ciepło, komizm, ale i pogodny smutek. Nie brak w nich tak charakterystycznej dla pisarza ironii, fantazji i lekkiego absurdu, a wymowa nie zawsze jest poprawnie „dydaktyczna”.

Ciekawostka

W 2007 r. Janosch gościł w Zabrzu, gdzie nadano jego imię jednemu z przedszkoli. W 2011 r. otrzymał honorowe obywatelstwo tego miasta. Wspominając to wydarzenie powiedział:

„To jedyna nagroda, którą chętnie przyjąłem, bo zawsze odczuwam tęsknotę za ojczyzną. Po takiej nagrodzie czuję się coraz bardziej Polakiem i Ślązakiem, a coraz mniej katolikiem. Poza tym boję się każdego wyróżnienia. Muszę wtedy wystąpić na scenie i podziękować. Kiedyś przyjąłem niemiecki Krzyż Zasługi, bo myślałem, że jest ze złota i mógłbym go sprzedać. To nie było jednak złoto.”

Janosch na spotkaniu z młodymi czytelnikami w Katowicach w 2005 roku. Uznanie zdobył niesamowitych opowieściach o Misiu i Tygrysku. Na zarzuty, że w historyjkach jest sporo nonsensu i alogiczności, pisarz odpowiadał: „Jak w życiu”

Archiwum "Dziennika Zachodniego" (fot. Władysław Morawski)

W 1970 roku Janosch zadebiutował jako autor powieści o Śląsku, która przyniosła mu uznanie krytyki niemieckiej (Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny). Później napisał jeszcze cztery następne, a ostatnia, Polski blues, długie miesiące była w Niemczech bestsellerem. Jednak to Cholonek… pozostaje do dzisiaj najlepszą jego powieścią. Polskie tłumaczenie ukazało się w 1974 roku.

Jak pisze Jerzy Illg, wydawca i autor wstępu do trzeciego wydania (uzupełnionego o usunięte przez cenzurę niewygodne fragmenty o wkroczeniu Armii Czerwonej na Śląsk):

„(…) jeżeli posługiwanie się wyeksploatowanym przymiotnikiem „kultowy” ma dziś w ogóle jakikolwiek sens, to bez wątpienia użyć go można w odniesieniu do cieszącej się na Śląsku niezwykłą sławą powieści Janoscha „Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny”. Od chwili wydania jej polskiego tłumaczenia w roku 1974 stała się legendą, podsycaną z czasem przez niedostępność książki, mityczne opowieści o jej funkcjonowaniu w kręgach wtajemniczonych, informacje o poszukiwaniach i cenach na Allegro, wielki sukces inscenizacji katowickiego Teatru Korez (sztuka idzie przy kompletach publiczności od roku 2004), pogłoski o przygotowywanych ekranizacjach i kolejnych adaptacjach scenicznych.”

Niewątpliwie do popularności Cholonka… przyczynił się spektakl Teatru Korez. Adaptacji dokonał Robert Talarczyk, a sztuka od lat nie schodzi z afisza, oklaskiwana jest nie tylko na Śląsku

Archiwum "Dziennika Zachodniego" (fot. Arkadiusz Ławryniec)

Cholonek … budzi zachwyt nie tylko Ślązaków. Bohaterowie to sportretowane postacie z rodziny Janoscha (prototypem Świętkowej jest babka pisarza), ludzie, których pamięta z dzieciństwa. „Książka jest arcydziełem, a Janosch ojcem literatury górnośląskiej”, powiedział Kazimierz Kutz

Instytut Badań Regionalnych Biblioteki Śląskiej (fot. A. Kubica)
Tekst źródłowy

TV Regionalna

Pytania:

1. Zastanów się z czego wynika popularność spektaklu "Cholonek"?

2. Do jakich wydarzeń historycznych odwołuje się spektakl?

Janosch ujawnił się jako niezwykle bystry obserwator, kipiący humorem, również czarnym, gawędziarz, który opisuje Śląsk brutalnie i dosadnie, ironicznie i gorzko, ale też z miłością i czułością, z krwistymi anegdotami, wyrazistymi postaciami, brudnym i malowniczym jednocześnie pięknem śląskich przedmieść.

Cholonek… to opowieść wyjątkowa, o świecie, który już nie istnieje, tak jak nie istnieje już ulica Piekarska w Zaborzu-Porembie (Porębie), przy której urodził się Janosch, zburzona pod budowę Drogowej Trasy Średnicowej. To świat straszliwej biedy, dzielnica zamieszkała przez proletariat: zamiataczy ulic, roznosicieli węgla, domokrążców i ich rodzin, rządzący się własnymi prawami i obyczajami, do którego z czasem wkracza wielka historia. Dosadność opisów jednak równoważy liryzm i tkliwość wspomnień z dzieciństwa autora, czułość dla miejscami szpetnych charakterów, komizm w opisie podłości ludzi.

Największą zaletą książki jest jej narracja, która sprawia, że rzeczy potworne są jednocześnie „potwornie” śmieszne, gdzie tragizm przeplata się z komizmem. A co najważniejsze, napisał to człowiek, który zapytany, w jakim języku mówiło się u niego w domu: polskim, niemieckim czy śląskim, odpowiedział: „Jaki to tam był język. Moi znali wszystkiego pięćdziesiąt słów”. Cholonek… nazywany jest „śląską biblią”. Obok Piątej strony świata Kazimierza Kutza jest najlepszą książką o Śląsku, w której został zatrzymany magiczny świat tego regionu.

Nie wiadomo, co by się ze światem stało, gdyby Frau Schwientek, czyli po prostu Świętkowa, nie dźwigała go na barkach. A dźwigała go swoją życiową mądrością, zaradnością i bezpardonowymi sądami na każdy temat. Na przykład o uboższych od siebie: „Kto nie chce żyć porządnie, ten na nic lepszego nie zasłużył”. Albo o przyszłym zięciu: „Elegancki człowiek! […] Zachodził tu już od tygodni i ani razu nie wysmarkał się do obrusa!”. Bo co jak co, ale Świętkowa na świecie i ludziach znała się jak nikt (Filip Łobodziński, „Galaktyka familok”)

Archiwum "Dziennika Zachodniego" (fot. Arkadiusz Ławryniec)
Tekst źródłowy

Janosch, Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny (fragmenty)

            Pelkowie mieszkali na tym samym piętrze co Świętkowie, dokładnie naprzeciwko. Dzieliło ich przepierzenie, którego zazdrościli Świętkom wszyscy, bo na całej ulicy Oślowskiego, gdzie domy zbudowano według schematu F – czerwone mury ceglane, dwa piętra po cztery mieszkania, bez piwnic, płaski dach pokryty smołowaną papą, co było najtańsze – na całej ulicy Oślowskiego nie było takiego przepierzenia obok mieszkania, a przy tym bez podwyżki czynszu.

            Przepierzenie zbudował bez pozwolenia przed mniej więcej dwoma górniczymi pokoleniami niejaki Kowalczyk, Polak z Kongresówki, który z powodu jakiegoś przestępstwa musiał uciekać i został górnikiem. Potem reszta Kowalczyków musiała opuścić mieszkanie, bo on zginął na kopalni. Wtedy wujek Świętka się tam sprowadził, niejaki Jendrella, który zmarł znowu na pylicę. A wtedy Świętek natychmiast się ożenił i wprowadził do mieszkania. Przepierzenie zostało, mimo że zarząd kopalni miał wiele do powiedzenia w sprawach mieszkaniowych. Na przykład żądano od lokatorów, by co dwa lata na zmianę malowali sień. Podłogę czerwoną farbą. Mówiono, że to z powodu bakcyli. Tak jakby ktokolwiek mógł nie wiedzieć, że chodzi po prosu o pluskwy! Ale co znaczy ta odrobina farby wobec pluskiew? Wmawianie sobie, i tyle! Paskudztwo częściowo ginie, to prawda, jeśli wystarczająco grubo posmarować za listwami przy podłodze. Gdy tylko pluskwa nauczy się latać, natychmiast zwiewa, a wtedy możesz sobie smarować, ile chcesz. […]

            Chociaż z drugiej strony… pluskwy nie są znowu takie straszne! Jeśli człowiek jest czysty, może je utrzymać w ryzach. W ogóle można powiedzieć, że człowiek czysty jest też pracowity. Na przykład pół roku temu kolej malowania sieni przypadła na Jankowskiego. przyniósł więc z kantyny, która z kopalni otrzymywała czerwoną farbę po niższych cenach, od razu kilka wiader więcej, bo co się ma, to się ma, i zaraz po fajerancie zaczął u góry malować. Najpierw czyściutko listewki podłogi. Pozwalał farbie ściekać za listwy, żeby wszystkie pluskwy pozdychały. Potem pociągnął Dylówkę, wyrównał dziury kitem szklarskim i na koniec położył klocki i deski, by łatwiej było chodzić. Ale zostało jeszcze trochę farby, więc pomalował parapety okienne. Czerwone z czerwonym zawsze się zgodzi. Pomalował też ramy okienne, żeby zanadto nie odbijały od reszty. Farbą olejną, która jeszcze została, wymalował wzdłuż sieni piękną lamperię. To na pewno nie zaszkodzi, bo farba olejna się tak nie brudzi jak farba robiona na kleju roślinnym. Zostało jeszcze trochę farby, więc podwyższył lamperię o parę centymetrów, trzykrotnie, aż doszedł do sufitu. Sufitu nie chciał malować, bo to nie pasuje, sufity na czerwono. Resztą farby wypacykował drzwi Pelce. Naturalnie za jego zgodą, jego baba nie miała tu nic do powiedzenia. Pelka wlał mu za to parę sznapsów, a potem zaczęli obaj malować. Najpierw drzwi Wondrasza, który też im nalał kilka głębszych, a potem drzwi Świętkowej, bo o sobie uczciwy człowiek myśli na końcu. Ponieważ u Pelki parapety, ramy i drzwi między pokojami też już były wytarte, więc wszystko pomalowali, a farbie ciągle nie było końca. Pomalowali więc Pelce ściany, pięknie na czerwono, a gdy Pelkowa zaczęła beczeć, wypędzili ją na dwór. Dzieci były czerwone, bo czegóż się można po takich smarkaczach spodziewać? Smarowały po ścianach, gdy matki nie było, i w ogóle używały sobie. Farby wystarczyłoby jeszcze na drzwi Königów, ale tu już czuwała Świętkowa, aby Königowa nie odniosła jakieś korzyści z Jankowskiego. O północy Pelka z Jankowskim zasnęli, a resztą farby Jankowski wysmarował następnego dnia latrynę od zewnątrz, od wewnątrz i sedes, a Świętkowa umyślnie nie powiedziała o tym Königowej. Sądząc po odcisku tyłka, musiała to być Königowa, która się tam przykleiła. I słusznie się stało!

            Z farby, która pozostała, mógł jeszcze Jankowski swobodnie całą izbę wymalować, dobrze to wyglądało. Kiedy inkasent przyszedł odczytać zużycie prądu, od razu powiedział, że to jest najpiękniejsze piętro na całej ulicy Oślowskiego. […]

            W każdym mieszkaniu była komora. Tam koncentrowały się wszystkie zapachy. Komora nigdy nie miała okna. Przybylok powiedział kiedyś, że w komorach dlatego nie robią okien, żeby smród nie wydostał się na ulicę i nie zakaził całego powietrza. To się nie zgadza. Zarząd kopalni skreślił w swoich planach później te okna, bo szkło było za drogie. […]

            Komory nie miały drzwi, aby z kuchni mogło tam wpaść trochę światła i powietrza. Większość ludzi zasłaniała końską derką lub narzutą leżakową. Tego wymagały względy moralne, bo w komorze stał kibel do odlewania; w każdej rodzinie było co najmniej osiem osób, lecz przeciętnie od czternastu do szesnastu, w tym część dziewcząt. […] Administracja spoglądała na to niechętnym okiem, gdy przybywała na inspekcję; zarządcy kręcili nosami, jeśli za mocno cuchnęło. Ale czyż człowiek miał w środku nocy, gdy mu pęcherz groził pęknięciem, czy miał wtedy z rozmachem otwierać kuchenne drzwi, szukać po ciemku gniazdka, by zapalić, uważać przy tym, żeby nie zlecieć ze schodów, bo koszulą nocną mógł zaczepić o poręcz, zejść dwa piętra, przeziębić sobie nogi, nabawić się kataru, potem otworzyć drzwi od sieni, może akurat ktoś klucz położył nie na swoim miejscu, otworzyć wreszcie i paradować przez całe podwórze, a podczas szczania może jeszcze przewrócić się na śmietniku, bo tam akurat leżą różne rupiecie, i całą dupę sobie upaprać od góry do dołu? Trzeba to uzmysłowić tym z administracji!

            A może wyobrażali sobie, że człowiek pójdzie jeszcze dalej, aż do latryny, będzie długo szturgał w dziurce od klucza, dopóki nie znajdzie się jakiś łobuz i człowieka nie zwymyśla, potem siądzie się na zimnej desce, gdzie od dołu ciągnie jak pieron? Do tego czasu mogło się człowiekowi odechcieć albo mógł wręcz złamać nogę. […]

            Tutaj dom był przyzwoity, ludzie są ze sobą na „wy”. Dziouchy mówiły sobie za dwoje już od dwunastego roku życia. Z chłopami było inaczej, bo „mężczyźni nie maja wyczucia”, mówiła Świętkowa. […]

            Dobrą rzeczą znowu było, że raz w miesiącu na ulicy Oślowskiego był dzień prania. Wtedy do zlewów wlewano również mydliny, które ze swojej strony czyściły trochę zewnętrzne ściany.

            Dzień prania był wspólny dla całej ulicy, bo tak było ładnie. Wszędzie pachniało wtedy czystymi mydlinami, a i dzieci przy tej okazji wkładano wtedy do wody po praniu i szorowano. Piękna para rozchodziła się wtedy po całej ulicy i biła aż do nieba. Wszystkie okna były otwarte. Ktoś postawił na parapecie radioodbiornik i grał dla wszystkich. Kto nie miał mydła do prania, pożyczał mydliny od sąsiadki. Było ciężkie pranie i lekkie przepierki. Przepierki to były spodnioki chłopskie i babskie, trykotaże, chustki do nosa, cienkie ręczniki, niezbyt zabrudzone, i pończochy. Pranie to były grube galoty, szakety, ścierki. Pranie odbywało się w brudnych mydlinach po przepierkach.

            Kiedy było pranie, prali wszyscy. Czystość jest zaraźliwa. Nikt się nie wyłamywał. A jeśli się wyłamał, od razu wiedziano, co to za człowiek. […]

            Świętek wstawał o czwartej rano i wkładał koszulę, raz na tydzień czystą. Galoty, skarpetki wełniane, wysokie trzewiki, rozdmuchiwał ogień z popiołu, nakładał cienkiego drzewa, potem grubszego, węgla i gotował sobie najpierw herbatę z lipy i dziewanny, zależnie od sezonu. Albo herbatę z łupin po jabłkach. Zjadał kąsek chleba z cebulą, tabakierkę napychał do pracy pociętą machorką i zaraz po śniadaniu zapalał sobie fajkę, która nie gasła aż do nocy. Tak jak inni ludzie oddychali, wdech – wydech, wdech – wydech, tak Świętek kopcił swoją fajkę. Gdyby mu tego zabrakło, musiałby się w normalnym powietrzu udusić jak ryba wyjęta z wody. Dla niego wszelka działalność na tym świecie była bez sensu, ale sam bezsens był piękny. Świat był tak urządzony, że pewne roboty musiały być wykonane. O tym wiedział i stosownie do tego się zachowywał. Większość z tego była niepotrzebna, ale wobec cesarza i władzy człowiek był bezsilny. Najlepiej było brać wszystko jak leci.

            O w pół do szóstej Świętek chwytał teczkę i szedł do roboty. […] pracował potem wolno, nabijał fajkę, przez cały dzień najczęściej nic nie jadł, a teczkę zabierał tylko na wypadek, gdyby podczas zamiatania znalazł coś przydatnego. Jeśli nic nie znalazł, zabierał suche drzewo na fidybusy. Wieczorem obierał drogę wiodącą przez główną ulicę. Nalewał sobie wody do miski i mył się do pasa. Na obiad najczęściej była kapusta z kartoflami i podroby, które zostały po targu, lub zupa na czosnku ze starym chlebem i przysmażanymi kartoflami. Potem bez szaketu kładł się w oknie i spoglądał na ulicę Oślowskiego, dopóki się nie ściemniło.

            A nieraz zdarzały się piękne wieczory! Powietrze ciepłe i podobne do mlecznego szkła. Hen daleko było słychać, jak ludzie się śmieli, jak Maria Skutek się kłóciła, jak Ogórek po drugiej stronie ulicy powiedział do starej: „Potrzymaj no tu trzewik, noga mi spuchła, nie chce zejść ten pieron!”.

            I jak Kuczalowa świnia kwiczała w chlewiku, bo już wiedziała, co ją w przyszłym tygodniu czeka: zupa z kiełbasą! Ulica Oślowskiego była tak szeroka, że dwie fury z węglem mogły obok siebie przejechać i nie otrzeć się o ściany domów. Wszystkie okna były otwarte, tysiące jaskółek czyniło harmider w powietrzu i uganiało się za muchami. Na ulicy kotłowały się dzieciska, a z mieszkań dochodził stuk garnków i polska mowa. […]

            Na drugim końcu Gretla Kotosz wyśpiewywała swoim pięknym głosem niestworzone rzeczy, a słychać ją było aż w Rudzie. A Kopiec z Lipowskim nastawiali swoje ludowe odbiorniki na pełny regulator, puszczając dwie różne stacje. Zobaczymy, kto mocniejszy! […]

            Kozy podskakiwały w chlewiku, kokoty piały i kury gdakał. Niebo było jak cytryna z sokiem malinowym, można było zwariować.

            Kupiec Jäschke postawił sobie przed sklepem skrzynię po piwie na sztorc, usiadł na niej i wypijał butelkę najlepszego piwa Tyskiego, aby ludziom narobić apetytu i zachęcić do pijaństwa. Ale w taki wieczór nikt nie miał ochoty na gorzałkę.

            Pięknie było: tylko usiąść na ziemi i z radości porządnie popłakać.

Janosch, Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011, s. 38-61.

Pytania:

1. Jakie elementy codzienności mieszkańców Śląska przedstawia podany fragment? Zwróć uwagę na: a) warunki mieszkaniowe, b) sposoby utrzymywania się, c) jedzenie, d) zajęcia bohaterów.

2. Wskaż fragmenty, które pozwalają określić, jakie stosunki sąsiedzkie panowały na ulicy Oślowskiego. Opisz relacje łączące mieszkańców.

3. Jakie zasady i normy społeczne regulowały życie mieszkańców? Co było wskazane, a co zabronione?

4. Scharakteryzuj mieszkańców ulicy Oślowskiego. Jakie mają zalety, a jakie przywary? Jakie uczucia budzą?

5. Na czym polega życie we wspólnocie mieszkańców ulicy Oślowskiego? Co ją formuje?

6. Jak Janosch przedstawia życie zwyczajnych mieszkańców? Przytocz przykłady uzasadniające sądy krytyków na temat powieści Janoscha: a) dosadna, b) gorzka, c) ironiczna, d) pełna humoru, e) groteskowa, f) pełna czułości.

7. Wskaż fragmenty humorystyczne w tekście. Na czym polega jego „rubaszny humor”?

8. Znajdź w tekście fragmenty, które mają postać aforyzmu. Jaka filozofia życiowa przyświeca mieszkańcom Poremby?

Zapamiętaj

Obraz Śląska w literaturze: od realizmu po nostalgię i komizm.

Śląski pejzaż: ludzie, praca, przestrzeń.

Plebejska codzienność Śląska w latach przedwojennych.

Twórczość G. Morcinka i Janoscha: podobieństwa i różnice w obrazowaniu życia na Śląsku.

Zadania

1. G. Morcinek i Janosach opisują podobne postaci żyjące w tym samym czasie. Wskaż podobieństwa i różnice w obrazie Śląska wykreowanym przez obu pisarzy, uzupełniając tabelę.

    Śląsk G. Morcinka Śląsk Janoscha
    Praca i jej wpływ na człowieka
    Pożywienie
    Stosunki międzyludzkie
    Przemyślenia, przeżycia bohaterów
    Styl opisów (słownictwo, nastrój, rola opisów przyrody)

    2. Uzasadnij podane określenia charakteryzujące oba teksty: a) Bieda-szyby: realizm b) Cholonek: nostalgia

    3. W kontekście poznanych utworów i ich autorów wyjaśnij tytuł rozdziału: „Odpoznanie, czyli o Śląsku w literaturze”.

    Tutaj dowiesz się więcej F. Łobodziński, Galaktyka familok, Newsweek.K. Węgrzynek, Literatura 1945-1989, Encyklopedia Województwa Śląskiego, Encyklopedia Województwa Śląskiego, Instytut Badań Regionalnych Biblioteki Śląskiej, t. 3, 2016.K. Węgrzynek, Literatura po 1989 roku, Encyklopedia Województwa Śląskiego, Encyklopedia Województwa Śląskiego, Instytut Badań Regionalnych Biblioteki Śląskiej, t. 3, 2016.

    Szczęśliwy, kto poznał Janoscha: literackie korzenie tożsamości, red. A. Bajorek, Wrocław 2017.

    A. Bajorek, Heretyk z familoka. biografia Janoscha, Kraków 2015.

    A. Bajorek, Podpytywanie Janoscha, „Fabryka Silesia”, maj-lipiec 2012, nr 1/2012.

    K. Heska-Kwaśniewicz, Kolorowy rytm życia. Studia o prozie Gustawa Morcinka, Katowice 1993.

    Janosch, Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny, wstęp Illg, Kraków 2011.

    G. Morcinek, Gwiazdy w studni, Katowice 1956.